Zaloguj się
|
Komentarz Wisienki do mojego komentarza do jej komentarza zachęcił mnie do napisania czegoś więcej na temat alegoryzacji. (Wybacz wisienko, że nie odpisuję bezpośrednio pod Twoim postem, ale pomyślałem, że temat jest na tyle żywotny, że warto go wyciągnąć na „światło dzienne”) Czy alegoryzacja to błogosławieństwo czy przekleństwo?
Sądzę, ze to drugie. Ale po kolei.
Najpierw chciałbym zaznaczyć, że to, co piszę nie jest wyciąganiem wniosków z tego, co napisała Wisienka w swoim poście, ale z tego, co działo się w historii kościoła. Innymi słowy chciałbym odnieść się do pewnej zasady a nie pojedynczego zjawisku. Łatwo jest znaleźć w historii jakieś „pozytywne przykłady” alegoryzowania biblijnych tekstów narracyjnych. Nie o to jednak chodzi. Chodzi o pewna zasadę, która uznana za słuszną w istocie jest zaproszeniem diabła na ucztę, na której w pewnym momencie zagra on pierwsze skrzypce. Oczywiście – jak to z diabłem bywa – na początku będzie grał ładnie tak, by wszyscy byli z jego muzyki zadowoleni, ale z czasem jego muzyka staje się przygrywaniem do jakiegoś szalonego tańca, którego nie sposób przerwać.
Co mam na myśli? Jest takie przysłowie: „nawet ślepej kurze trafi się ziarno”. Przypadek nie może być regułą. To, ze ślepa kura trafiła na ziarno nie oznacza, że kurom nie potrzebne są oczy. A to waśnie czyni alegoryzacja – oczywiście w przenośnym sensie. Chodzi o to, z alegoryzacja obcina język autorowi wypowiedzi, tzn. albo w ogóle nie pozwala mu powiedzieć tego, co chciał, albo do tego, co powiedział dodaje coś czego nie zamierzał powiedzieć.
Znane są z historii przykłady, kiedy ktoś interpretował liczbę sług Abrahama składającą się z jakiś cyfr, w taki sposób, że każda wskazywała na jakąś ważną prawdę teologiczną. Czy rzeczywiście Mojżesz podając taką cyfrę chciał ukryć w niej pewną tajemnicę dotyczącą Boga? Czy możemy wyobraźnię autora takich interpretacji traktować tak samo poważnie, jak Słowo Boże? Czy to możliwe, że Bóg chciał nam coś przekazać, ale zrobił to w takza kamuflowany sposób, że tylko ludzie obdarzenie nad wyraz wybujałą wyobraźnią potrafią odkryć tę tajemnicę? Czy nie powinniśmy raczej uznać, że kiedy Bóg będzie chciał przemówić do swojego stworzenia, to zrobi to w języku dla nich zrozumiałym – tak jak to zrobił posyłając do nas swojego Syna w postaci ludzkiej? Nie przemówił do nas językiem jakim porozumiewa się z aniołami, ale językiem, którym my porozumiewamy się ze sobą. Oczywiście rzeczywistość, którą język ten miałby opisać jest daleko inna od naszej jednak rozwiązaniem nie jest alegoryzowanie przez nas tekstów Pisma - co jeszcze bardziej proces porozumiewania się zaciemnia - ale używanie przez autorów Pisma języka metaforycznego. Istotą metafor jest wyrażenie pewnej prawdy w sposób możliwie najbardziej komunikatywny i sugestywny, przemawiający do wyobraźni słuchacza. Alegoryzacja to nadawanie tekstom nowego, własnego znaczenie, którego autor nigdy nie miał na myśli a tym bardziej nie zamierzał go przekazywać. Używając metafory można powiedzieć człowiekowi, który nigdy nie widział, ani nie słyszało o lodzie, że „lód jest jak kruchy, przeźroczysty kamień, który na słońcu zamienia się w wodę”. Natomiast alegoryzowanie jest następnym etapem w procesie komunikacji. Alegoryzowanie jest jednym ze sposobów interpretacji tej wypowiedzi np. w taki sposób: „wszyscy bezbożni, kiedy objawi się Chrystus zostaną zgładzeni a cała odwaga stopnieje w nich”. Prawda jednak jest taka, że mówiąc o lodzie mówiącemu chodziło o lód i nic więcej. Dopatrywanie się w tej wypowiedzi czegokolwiek innego jest gwałtem dokonanym na autorze.
Fundamentalne pytanie, jakie pojawia się w tym kontekście jest takie: Czy kiedy Duch Święty przemawiając przez natchnionych proroków czy apostołów, mówił do nas tak byśmy mogli to zrozumieć czy tak, byśmy tego niezrozumiali. Sądzę, ze proste zasady logiki każą nam wyciągnąć wniosek, że skoro przemówił to nie po to by coś ukryć, ale by coś objawić. Inaczej po co w ogóle miałby mówić.
Ważne byśmy zrozumieli, że nie mówią tutaj o alegorii, jako jednej z figur stylistycznych, ale o alegoryzacji tj. naszej, bardzo swobodnej interpretacji tekstów. Alegoriami posługiwał się Jezus i apostołowie i inni bohaterowie Pisma. Jako natchnieni przez Boga „pośrednicy” Jego Słowa mogli tak robić. Jeżeli jednak my posługujemy się alegoryzacją jako metodą interpretacji tego Słowa stąpamy po bardzo cienkim lodzie. Nie chodzi o to, że wnioski wyciągane w alegoryzacji są złe. Cały problem polega na tym, ze czasem te wnioski są zgodne z resztą nauczania Pisma. Gdyby były zawsze złe od razu wszyscy by się zorientowali z czym mają do czynienia. Z alegoryzacją jest tak jak z samochodem, który psuje się tylko w trasie, a kiedy wybieramy się do mechanika, to akurat wszystko jest OK. Alegoryczny wniosek, jaki wyciągnąłem z wyjaśnienia, czym jest lód jest biblijny. Jednak nic nie uprawnia mnie do wyciągania takiego wniosku z tej właśnie wypowiedzi. Co w sytuacji, kiedy ktoś powiedział by, że ta wypowiedź o lodzie oznacza, że „któregoś dnia powstanie religia, która będzie jak Słońce, a jej blask sprawi, że wszystkie inne religie zginą i już nigdy ich nie będzie”. Na jakiej podstawi możemy powiedzieć, czy któraś z tych wypowiedzi jest fałszywa, albo prawdziwa? Jedyną odpowiedzą na to pytanie jest zapytanie autora wypowiedzi o to, co chciał powiedzieć. I takie też jest nasze zadanie, kiedy interpretujemy Biblię. Zawsze mysim konfrontować naszą interpretację z resztą nauczania Pisma. W takiej jednak sytuacji należy postawić sobie jeszcze inne pytanie: „Co w takiej sytuacji będziemy ze sobą konfrontowali? Alegoryczną interpretację z czym? Oczywiście z Biblią! Ale jaką jej interpretacją? Też alegoryczną, czy normalną, gramatyczną? Jeżeli alegoryczną to mamy do czynienia z absurdem, w którym jeden szaman ma powiedzieć, czy drugi szaman jest dobry czy zły. Możemy oczywiście powiedzieć, ze będziemy konfrontowali ze sobą alegoryzację i jasny, prosty wykład innych fragmentów Pisma. Jednak w takiej sytuacji rodzi się pytanie, po co zatem w ogóle posługiwać się alegoryzacją, która czasem jest prawdziwa, a czasem fałszywa a ostatecznie i tak trzeba ją skonfrontować z niealegoryczną interpretacją. To jak w fabryce linijek powiedzieć pracownikom: „możecie długość produkowanych linijek ustalać na podstawie odległości między małym palcem i kciukiem dłoni. Na końcu i tak wszystkie będziemy porównywać z wzorcową linijką przysłaną nam przez właściciela.” Czy nie lepiej od razu wszystkie linijki przymierzać wg tego jednego pewnego wzorca? Oczywiście, że tak! Czy to jednak znaczy, że wszystkie linijki zrobione "na oko" będą miały złą długość? Problem polega właśnie na tym, że czasem komuś uda się trafić z wymiarem. A wtedy ktoś powie, oto człowiek, z którego należy brać przykład! Co jednak jeżeli ten człowiek urośnie, albo straci palec? Bez wzorca się nie obejdzie!